<title_newspaper="Przekrój">
<title_article="Monolog">
<author_1="Czesław Komarnicki">
<language="pl">
<style="press">
<year="1954">
<month="10">
<date="1954-10-31">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Gdyby mnie chciano wybrać na posła do Sejmu, zgodziłbym się przyjąć ten wielki zaszczyt. Ale radnym miejskim zostać bym nie chciał. Co to to nie. Nie mówię, że posłowanie do Sejmu to tylko zaszczyt. Pewno, że i tam pracy sporo, na sesjach, w komisjach; no i u siebie w terenie też przecież przyjmuje się obywateli, wysłuchuje ich skarg i uwag. Ale cóż — decydujesz w Sejmie o sprawach ogólnych,a więc zawsze jakby trochę ogólnikowo. No i dostajesz do rąk gotowe projekty, opracowane przez świetnych fachowców, radzisz nad nimi w gronie ludzi doświadczonych. Odpowiedzialność jakoś się rozkłada na wszystkich. A w radzie chyba inaczej. Tu wszystko mniejsze, nie tak zasadnicze, ale za to strasznie konkretne, bliskie. Remont domu? Znasz ten dom, tę rodzinę, której deszcz pada w mieszkaniu, bo dach przecieka. Za mało piekarni? Znają cię ci, którzy klną, tłocząc się rano po bułki. Brudy na ulicach? Włażą ci codziennie w oczy jak wyrzut sumienia. Pewno, że to wszystko bezpośrednio załatwia prezydium i jego wydziały. Ale przecież jesteś radnym, a prezydium właśnie radzie podlega, nie na odwrót! To ty — radny masz pilnować, żeby wybrane przez ciebie organy wykonawcze pracowały jak należy. Tak samo jak na ciebie będzie patrzył obywatel, który cię wybrał i będzie o tobie mówił: „Po to na niego głosowałem, żeby dbał o moje sprawy". No więc mam dbać o sprawy mych współobywateli-wyborców... A przecież mało to mam swoich prywatnych spraw, zawodowych zajęć? Trzeba będzie urwać ze swego wolnego czasu jeszcze nie jedną godzinę, żeby się zająć cudzymi sprawami. A właściwie nie cudzymi tylko wspólnymi. Tak czy inaczej — sprawami, które pochłoną wiele czasu i przysporzą, niemało kłopotu. 
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
